W koncu udalo nam sie dostac do komputera. Dzis spedzamy ostatni dzien w Timisoarze - miescie, z ktorego przedostaniemy sie do Budapesztu. Przepraszamy za brak polskich znakow, ale korzystamy z rumunskiego komputera. Ale od poczatku. Nasza relacja skonczyla sie na przyjezdzie do Cluj (Kluz), a potem raptownie urwala. W sercu Transylwanii nocowalysmy w Hostelu Transilvania - miejce wygodne, w samym centrum miasta, ale obsluga nie zalicza sie do najlepszych. Miejsce to znalazlysmy dzieki broszurze dla backpackersow, czyli podrozujacych z duzymi plecakami. Zaznaczone sa w niej wszystkie najlepsze (podobno) hostele balkanskie. Do nich nalezal tez bukaresztanski Cozyness i Freeborn Hostel z Timisoary, w ktorym spedzilysmy przymusowo jedna noc. Wracajac do obslugi i ich dziwnych zwyczajow - chceli zapakowac w worki foliowe nasze spiwory, w ktorych spalysmy i prawdopodobnie wyrzucic lub gdzies przechowac. Nie potrafili nam jednak wytlumaczyc czemu mieli taki zamiar. Na szczescie bylysmy w tym czasie w hostelu i same spakowalysmy swoj dobytek. To ta mniej przyjemna strona pobytu.
Cluj to ladniejsze architektonicznie miasto od Bukaresztu, ale zdecydowanie mniej zaskakujace. Ludzie mili, oznakowania bardziej czytelne, ale czegos temu miastu brakuje. Odwiedzilysmy Ogrod Botaniczny, ktory przypominal prywatna dzialke. Widzialysmy dawna synagoge, ktora przestala pelnic swoja pierwotna funkcje i stala sie prawdopodobnie pubem. Zjadlysmy pysznego burgera w restauracji Toulouse i napilysmy sie chyba najlepszego piwa w Rumunii - Silva Dark. Wieczorem podziwalysmy widok na caly Cluj ze wzgorza, na ktorym stoi Hotel Belvedere. I zwiedzilysmy wegierski kosciol, w ktorym starsza pani uznala nas za Niemki i caly czas probowala sie z nami dogadac w jezyku niemieckim.
Z Cluj w ciagu trzech godzin dotarlysmy do Baia Mare, miasta ktore zrobilo na nas niezbyt dobre wrazenie. Wlasnie tam najbardziej bylo widac biede w Rumunii. Obskurny dworzec, jeszcze gorsza toaleta i mezczyzna ostrzacy kose na srodku chodnika. Naszczescie spedzilysmy tam tylko godzine czekajac na busa do Sighet (Syhot Marmoroski). Trafilysmy na dobrego i milego kierowce, ktory znalazl miejsce dla nas i naszych plecakow. Do Sighet jechalysmy dwie godziny, gdyz droga nie jest w najlepszym stanie, a miejscowosc polozona jest w Karpatach. Poznalysmy jednak wspaniala osobe, Delie, ktora opowiedziala nam wiele o Marmoroszu i pomogla w dotarciu do Sapanty. Wraz ze swoim przyjacielem i synkiem zawiezli nas samochodem do Pensjonatu Montana, prowadzonego przez ich przyjaciol. Dzieki Delii mialysmy gdzie nocowac i to jeszcze ze znizka. Tym bardziej, ze do Sapanty busy odchodza jedynie okazionalnie. Najlepiej lapac stopa, badz z kims sie zabrac.
Sapanta to cudowna wioska, pelna wspanialych i cieplych ludzi. Cimitirul Vesel - Wesoly Cmentarz - to miejsce niezwykle oryginalne. Nie zdolalysmy jednak zobaczyc wszystkich grobow, ale czesc ilustracji sie powtarza. We wsi zylo wiele przadek, tkaczek, mechanikow, rolnikow i pasterzy. Najpiekniejszym spotkaniem bylo to najmniej spodziewane. W drodze do bankomatu zaczepila nas starsza pani stojaca na swoim podworku. Zapytala skad jestesmy, a gdy powiedzialysmy, ze z Polski to zaprosila nas do srodka mowiac, ze wszyscy Polacy to jej przyjaciele. I tak spedzilysmy 3 godziny na rozmowie w kazdym jezyku swiata: troche po rumunsku, po polsku, francusku, angielsku, a nawet po japonsku! Nasza babuszka ma na imie Ileana i z pewnoscia wrocimy za rok do Sapanty, by sie z nia spotkac!
Dzieki uprzejmosci przyjaciol Delii - Mireli i Vasile - dostalysmy sie z Sapanty bezposrednio do Timisoary, z mala przesiadka na trasie w Oreadzie. Zajelo nam to okolo 8 godzin, w malych busikach. Jednak zaskakujaca jest pojemnosc tych pojazdow. Wiele osob stalo, bo nie bylo miejsca, badz siedzialo na kuchennych taboretach. Jechala z nami tez kosa, kilkanascie wielkich bagazy i dzieciecy rowerek. Upal w takich warunkach jest ciezki do zniesienia, ale dalysmy rade. To bylo nic w porownaniu z zetknieciem sie z Timisoara.
Miasto to, chyba najgorzej oznakowane ze wszystkich, jakie tu widzialysmy, zmeczylo nas potwornie. Przyjechalysmy dzien wczesniej, by dostac sie do Nitchidorfu - wioski oddalonej od Timisoary o jakies 40 kilometrow. Jednak z dworca odeslali nas na tramwaj, ktorym jechalysmy bez biletow, bo w sobote nigdzie ich nie mozna kupic. Dojechalysmy do Calea Buziasului, z ktorej mialysmy zlapac busa. Po zapytaniu kilku osob, ktore podawaly nam sprzeczne informacje (nie ma busa, mozna jechac tylko autostopem lub prywatnym samochodem lub owszem jest bus, gdzies tam) spotkalysmy starszego pana, ktory sprzedawal losy na loterie (Bingo - popularne w Rumunii). Ten zawolal faceta, ktory zaproponowal nam, ze nas zawiezie do Nitchidorfu za 30 lir, czyli za okolo 150 lei. W Timisoarze trafilysmy pierwszy raz od naszego wyjazdu na oszusta. Zmeczone szukaniem busa i stacji postanowilysmy spedzic noc we Freeborn Hostel i dotrzec do niego taksowka. Jeden z kierowcow zapytany o to, czy wie gdzie jest ulica, na ktora chcemy sie dostac i czy nas tam zawiezie odparl, zebysmy spytaly innego taksowkarza. Tak zrobilysmy i nastepny kierowca, po kilku minutach kontemplacji w jezyku rumunskim powiedzial, ze nas zawiezie. Podejrzane wydalo nam sie to, ze ciagle mruczal pod nosem "hostel costel", ale po kilku minutach zdalysmy sobie sprawe, ze taksowkarz nie wie, gdzie jedzie. Podjechalysmy pod wymruczany Hostel Costel i zdenerwowane jak nigdy wczesniej w tym kraju, wymusilysmy na nim, by nas zawiozl tam, gdzie chcemy. Kierowca przez cala droge mruczal cos pod nosem i w koncu dotarlysmy na miejsce. Okazalo sie, ze ta ulica ma dwie nazwy, a taksowkarz znal te inna, ktorej nie bylo w naszej broszurze.
Timisoara to miasta szare, nieprzyjemne, strasznie rozkopane (to przez kandydture na Europejska Stolice Kultury 2021). Ciezko cokolwiek tu znalezc, czymkolwiek sie zachwycic. Piekne maja tu jedynie kamienice - ogromne i klimatyczne.
Dzis udalo nam sie dojechac do Nitchidorfu, choc nasz bus nie przyjechal i zabralysmy sie z przyjemnym panem imieniem Vasile. Na miejscu poznalysmy Cristiane, miejscowa nauczycielke jezyka angielskiego, ktora zaprowadzila nas pod dom, w ktorym urodzila sie Herta Muller - rumunsko-niemiecka pisarka, ktora zdobyla Nagrode Nobla w 2009 roku. Pokazala nam takze stara szkole, w ktorej Muller sie uczyla. Nitchidorf to piekna i spokojna mala wies, w ktorej wszyscy sie znaja. Spedzilysmy tam urocze popoludnie. Wrocilismy busem, ktory tym razem przyjechal.
Jutro wyjezdzamy do Budapesztu, czeka nas ponad 5 godzin drogi. Szkoda opuszczac Rumunie, ale z pewnoscia tu wrocimy - szczegolnie do Marmoroszu.
Zdjecia zamiescimy w osobnym wpisie.
Noapte buna!
Patrycja i Kasia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz