poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Timisoara - ostatni przystanek w Rumunii

W koncu udalo nam sie dostac do komputera. Dzis spedzamy ostatni dzien w Timisoarze - miescie, z ktorego przedostaniemy sie do Budapesztu. Przepraszamy za brak polskich znakow, ale korzystamy z rumunskiego komputera. Ale od poczatku. Nasza relacja skonczyla sie na przyjezdzie do Cluj (Kluz), a potem raptownie urwala. W sercu Transylwanii nocowalysmy w Hostelu Transilvania - miejce wygodne, w samym centrum miasta, ale obsluga nie zalicza sie do najlepszych. Miejsce to znalazlysmy dzieki broszurze dla backpackersow, czyli podrozujacych z duzymi plecakami. Zaznaczone sa w niej wszystkie najlepsze (podobno) hostele balkanskie. Do nich nalezal tez bukaresztanski Cozyness i Freeborn Hostel z Timisoary, w ktorym spedzilysmy przymusowo jedna noc. Wracajac do obslugi i ich dziwnych zwyczajow - chceli zapakowac w worki foliowe nasze spiwory, w ktorych spalysmy i prawdopodobnie wyrzucic lub gdzies przechowac. Nie potrafili nam jednak wytlumaczyc czemu mieli taki zamiar. Na szczescie bylysmy w tym czasie w hostelu i same spakowalysmy swoj dobytek. To ta mniej przyjemna strona pobytu.

Cluj to ladniejsze architektonicznie miasto od Bukaresztu, ale zdecydowanie mniej zaskakujace. Ludzie mili, oznakowania bardziej czytelne, ale czegos temu miastu brakuje. Odwiedzilysmy Ogrod Botaniczny, ktory przypominal prywatna dzialke. Widzialysmy dawna synagoge, ktora przestala pelnic swoja pierwotna funkcje i stala sie prawdopodobnie pubem. Zjadlysmy pysznego burgera w restauracji Toulouse i napilysmy sie chyba najlepszego piwa w Rumunii - Silva Dark. Wieczorem podziwalysmy widok na caly Cluj ze wzgorza, na ktorym stoi Hotel Belvedere. I zwiedzilysmy wegierski kosciol, w ktorym starsza pani uznala nas za Niemki i caly czas probowala sie z nami dogadac w jezyku niemieckim. 

Z Cluj w ciagu trzech godzin dotarlysmy do Baia Mare, miasta ktore zrobilo na nas niezbyt dobre wrazenie. Wlasnie tam najbardziej bylo widac biede w Rumunii. Obskurny dworzec, jeszcze gorsza toaleta i mezczyzna ostrzacy kose na srodku chodnika. Naszczescie spedzilysmy tam tylko godzine czekajac na busa do Sighet (Syhot Marmoroski). Trafilysmy na dobrego i milego kierowce, ktory znalazl miejsce dla nas i naszych plecakow. Do Sighet jechalysmy dwie godziny, gdyz droga nie jest w najlepszym stanie, a miejscowosc polozona jest w Karpatach. Poznalysmy jednak wspaniala osobe, Delie, ktora opowiedziala nam wiele o Marmoroszu i pomogla w dotarciu do Sapanty. Wraz ze swoim przyjacielem i synkiem zawiezli nas samochodem do Pensjonatu Montana, prowadzonego przez ich przyjaciol. Dzieki Delii mialysmy gdzie nocowac i to jeszcze ze znizka. Tym bardziej, ze do Sapanty busy odchodza jedynie okazionalnie. Najlepiej lapac stopa, badz z kims sie zabrac. 

Sapanta to cudowna wioska, pelna wspanialych i cieplych ludzi. Cimitirul Vesel - Wesoly Cmentarz - to miejsce niezwykle oryginalne. Nie zdolalysmy jednak zobaczyc wszystkich grobow, ale czesc ilustracji sie powtarza. We wsi zylo wiele przadek, tkaczek, mechanikow, rolnikow i pasterzy.  Najpiekniejszym spotkaniem bylo to najmniej spodziewane. W drodze do bankomatu zaczepila nas starsza pani stojaca na swoim podworku. Zapytala skad jestesmy, a gdy powiedzialysmy, ze z Polski to zaprosila nas do srodka mowiac, ze wszyscy Polacy to jej przyjaciele. I tak spedzilysmy 3 godziny na rozmowie w kazdym jezyku swiata: troche po rumunsku, po polsku, francusku, angielsku, a nawet po japonsku! Nasza babuszka ma na imie Ileana i z pewnoscia wrocimy za rok do Sapanty, by sie z nia spotkac!

Dzieki uprzejmosci przyjaciol Delii - Mireli i Vasile - dostalysmy sie z Sapanty bezposrednio do Timisoary, z mala przesiadka na trasie w Oreadzie. Zajelo nam to okolo 8 godzin, w malych busikach. Jednak zaskakujaca jest pojemnosc tych pojazdow. Wiele osob stalo, bo nie bylo miejsca, badz siedzialo na kuchennych taboretach. Jechala z nami tez kosa, kilkanascie wielkich bagazy i dzieciecy rowerek. Upal w takich warunkach jest ciezki do zniesienia, ale dalysmy rade. To bylo nic w porownaniu z zetknieciem sie z Timisoara.

Miasto to, chyba najgorzej oznakowane ze wszystkich, jakie tu widzialysmy, zmeczylo nas potwornie. Przyjechalysmy dzien wczesniej, by dostac sie do Nitchidorfu - wioski oddalonej od Timisoary o jakies 40 kilometrow. Jednak z dworca odeslali nas na tramwaj, ktorym jechalysmy bez biletow, bo w sobote nigdzie ich nie mozna kupic. Dojechalysmy do Calea Buziasului, z ktorej mialysmy zlapac busa. Po zapytaniu kilku osob, ktore podawaly nam sprzeczne informacje (nie ma busa, mozna jechac tylko autostopem lub prywatnym samochodem lub owszem jest bus, gdzies tam) spotkalysmy starszego pana, ktory sprzedawal losy na loterie (Bingo - popularne w Rumunii). Ten zawolal faceta, ktory zaproponowal nam, ze nas zawiezie do Nitchidorfu za 30 lir, czyli za okolo 150 lei. W Timisoarze trafilysmy pierwszy raz od naszego wyjazdu na oszusta. Zmeczone szukaniem busa i stacji postanowilysmy spedzic noc we Freeborn Hostel i dotrzec do niego taksowka. Jeden z kierowcow zapytany o to, czy wie gdzie jest ulica, na ktora chcemy sie dostac i czy nas tam zawiezie odparl, zebysmy spytaly innego taksowkarza. Tak zrobilysmy i nastepny kierowca, po kilku minutach kontemplacji w jezyku rumunskim powiedzial, ze nas zawiezie. Podejrzane wydalo nam sie to, ze ciagle mruczal pod nosem "hostel costel", ale po kilku minutach zdalysmy sobie sprawe, ze taksowkarz nie wie, gdzie jedzie. Podjechalysmy pod wymruczany Hostel Costel i zdenerwowane jak nigdy wczesniej w tym kraju, wymusilysmy na nim, by nas zawiozl tam, gdzie chcemy. Kierowca przez cala droge mruczal cos pod nosem i w koncu dotarlysmy na miejsce. Okazalo sie, ze ta ulica ma dwie nazwy, a taksowkarz znal te inna, ktorej nie bylo w naszej broszurze.

Timisoara to miasta szare, nieprzyjemne, strasznie rozkopane (to przez kandydture na Europejska Stolice Kultury 2021). Ciezko cokolwiek tu znalezc, czymkolwiek sie zachwycic. Piekne maja tu jedynie kamienice - ogromne i klimatyczne. 

Dzis udalo nam sie dojechac do Nitchidorfu, choc nasz bus nie przyjechal i zabralysmy sie z przyjemnym panem imieniem Vasile. Na miejscu poznalysmy Cristiane, miejscowa nauczycielke jezyka angielskiego, ktora zaprowadzila nas pod dom, w ktorym urodzila sie Herta Muller - rumunsko-niemiecka pisarka, ktora zdobyla Nagrode Nobla w 2009 roku. Pokazala nam takze stara szkole, w ktorej Muller sie uczyla. Nitchidorf to piekna i spokojna mala wies, w ktorej wszyscy sie znaja. Spedzilysmy tam urocze popoludnie. Wrocilismy busem, ktory tym razem przyjechal.

Jutro wyjezdzamy do Budapesztu, czeka nas ponad 5 godzin drogi. Szkoda opuszczac Rumunie, ale z pewnoscia tu wrocimy - szczegolnie do Marmoroszu. 

Zdjecia zamiescimy w osobnym wpisie.

Noapte buna! 

Patrycja i Kasia

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Żegnaj Bukareszcie, witaj Kluż-Napoko

Dziś wyjechałyśmy ze stolicy do miasta oddalonego o 9 godzin jazdy autobusem. I zamiast wyjechać o 13, kupiłyśmy bilety na 12. A bilety za 70 lei (nie honorują zagranicznych legitymacji studenckich), zamieniłyśmy na droższe o 4 leje. Dlatego musimy zaciągnąć pasa i wydawać pieniądze rozsądnie. 

Po drodze minęłyśmy kilka niewielkich miast i wiele malowniczych wiosek, z cudownymi małymi chałupinkami, jakby stworzonymi specjalnie dla babinek w nich mieszkających. Przed nami rozciągał się zarys Karpat, w których stronę zmierzamy. A Patrycja przeżyła szok kulturowy na pierwszym postoju. Ubikacja, z której korzystała zamiast muszli klozetowej miała dziurę w podłodze a obok niej wyżłobione miejsca na stopy. Taka usługa kosztowała 1 lei i dodatkowo dostawało się skrawek papieru toaletowego, z podstęplowaną aktualną datą. Dalej już skorzystałyśmy z bliższej naszym wyobrażeniom toalety.

Z dworca dostałyśmy się do hostelu (Hostel Transilvania,  jako że jesteśmy w sercu tego regionu) taksówką, której kierowca zanim nas wypuścił próbował dodzwonić się na recepcję a potem prosił sprawdzić, czy aby napewno to dobry adres. Uznał, że nie zostawi nas w złym miejscu. Patrycja zauważyła, że w tym samym miejscu widnieje szyld klubu nocnego. Jednak trafiłyśmy dobrze i w Kluż zostajemy do 21 sierpnia. Trwa festiwal kultury węgierskiej, więc pewnie weźmiemy w nim udział. Od jutra poznajemy miasto i szykujemy się na nowe doświadczenia.

Patrycja i Kasia

sobota, 16 sierpnia 2014

Nasze spojrzenie na miasto

Nie mamy za duzo czasu (ani polskich znakow, jak widac), dlatego wrzucamy tylko zdjecia. Chaotycznie, bo to miasto jakoby codziennie wynurza sie z niebytu. 

~*~





























piątek, 15 sierpnia 2014

Bukareszt: Miasto-palimpsest

Ciężko nam pisać, bo jedyny komputer w hostelu jest non-stop okupowany, a zwykle wracamy wieczorem z naszych miejskich eskapad. Jak już się do niego dorwiemy, wrzucimy zdjęcia :)

~*~

Narracja może być od tej pory chaotyczna i ogólnikowa. Bukareszt to miasto pełne przeciwieństw, absurdów, zatopione w powietrzu, które parzy skórę. Poruszamy się w nim ospale, w przeciwieństwie do mknących gdzieś przed siebie mieszkańców. Tutaj nie ma zasad ruchu drogowego. Taksówki mają postój na skrzyżowaniach i bez pardonu włączają się w szalony pęd znacząc drogę żółtym śladem. Bukareszt chciałby być jak każde inne miasto na świecie, a najlepiej wszystkimi naraz. Na Starym Mieście trudno znaleźć miejsce z lokalnymi daniami, ale można zagłębić się w arkana kuchni greckiej, włoskiej, francuskiej, hiszpańskiej a nawet egipskiej... 

Patrycja uważa, że to miasto bez dizajnu. Coś w tym musi być, bo zarówno witryny, jak i ludzie reprezentują styl mieszany, swoiste multi-kulti dodatkowo wymieszane w mikserze o napędzie atomowym. Gdy my ociekamy potem i kleją nam się wszystkie możliwe zgięcia na ciele, Rumuni paradują w dżinsach i zabudowanych butach w 40 stopniowym upale. 

Wracając do ruchu, Rumun rzadko zna hasło "czerwone światło". Ich ekspansywność jest niesamowita. Podczas gdy my stoimy na chodniku, oni potrafią być już na środku jezdni, omijani przez pędzące samochody. Dodatkowym atrybutem zmotoryzowanego Rumuna jest możliwość używania klaksonu z niebywałą częstotliwością. To jedna z wielu nawarstwiających się melodii tego miasta.

Wiele by pisać o tym, co robimy w mieście z betonu w środku najgorętszego miesiąca w roku.      Byłyśmy w najstarszym parku - Gradina Cismigiu - liczącym podobno 300 lat. Moczyłyśmy nogi w zielonej wodzie i przeżyłyśmy. Obiady jemy w najstarszej piwiarnii w mieście - Caru' cu bere i jeśli chcecie zjeść tanio i dobrze w Bukareszcie to polecamy ichniejsze obiady studenckie za 11,90 lei (danie główne i napój - lemoniada lub piwo). Odnajdujemy kościoły,  ukryte między budynkami. Słuchamy pieśni i je rejestrujemy. Najbardziej ciekawi nas architektura i ludzie. Bukareszt to miasto pełne warstw, budynki wyrastają jedne z drugich. Stare miesza się z nowym, bez ograniczeń. Ulice jeśli mają swoje nazwy, to głęboko ukryte, jakby się ich wstydziły. Miasto i jego zapis na mapie się nie pokrywają. Zwykle docieramy gdzieś intuicyjne, ale nawet wtedy nie mamy pewności czy dotrzemy na miejsce.

Tutaj najlepiej mieć przy sobie leje lub euro do wymiany. My próbowałyśmy wymienić złotówki i żaden kantor ani bank nam nie pomógł, odsyłali nas z miejsca na miejsce. Dopiero w ogromnym sklepie ze stoiskami z biżuterią (Bukareszt stoi jubilerami, fryzjerami, optykami i klubami erotycznymi). Tam serdeczna pani ma polską walutę, więc w razie potrzeby - Calea Victorei, sklep niedaleko Banku BCR, kantor po rumuńsku to amanet.

Odwiedziłyśmy także Dom Ludu - szaleńcze dzieło Nicolae Ceausescu, ogrodzony jakby murem cmentarnym. Kolejka ogromna, bilety zarezerwowałyśmy dzień wcześniej. 23 leje za osobę, to bilet studencki. Wycieczka trwała 2 godziny co do minuty. Standard czyli obejście najbardziej reprezentacyjnych sal i korytarzy, spojrzenie z 8 piętra na panoramę Bukaresztu (imponujące) i underground - podziemia Domu Ludu, zdecydowanie najciekawsza część wycieczki, rarytas dla urban explorerów. Zdjęcia kosztowały nas 30 lei, ale dzięki temu mogłyśmy uwiecznić najdroższe marmury, niezliczone kryształowe żyrandole i schody (po obu stronach), po których schodzili dumni ze swej potęgi Nicolae i Elena. Aby wejść musiałyśmy przejść kontrolę i oddać w zastaw paszporty. 

Wspominając temat ochrony, tutaj wszystko ma swoje security. Nawet parki, w których ustawione są budki z pleksi z bordowymi uniformami strażników. Co nas zdziwiło, noszą przy sobie policyjne pałki. Pewnie na wszelki wypadek, gdyby ktoś nieuważnie zboczył ze ścieżki na trawę.

Codziennie widzimy wielu bezdomnych i kalekich ludzi, ciągle w tych samych miejscach, jakby specjalne im przydzielonych. Dzieci z chorobami skóry, żebrzące o pieniądze. Niektóre ze szczęściem w oczach ściskające nową zabawkę, jeszcze z ceną. Starowinki siedzące na ławkach, kamiennych słupkach, pod ścianą budynku szepczące tajemniczo brzmiące zdania, często z wyciągniętą w naszą stronę dłonią. "Domnisoara, domnisoara..." - panienko, panienko, ale żadna z nas nie wie czego im potrzeba. 

Bukareszt to miasto ciężkie do życia. Tu codziennie walczy się o przetrwanie. 

Do zobaczenia!

Patrycja i Kasia

wtorek, 12 sierpnia 2014

Pierwszy dzień w Bukareszcie

11 sierpnia 

Przylot do Bukaresztu, a właściwie chwile po zejściu z pokładu, stały się dla mnie zwiastunem naszego pobytu tutaj. Obsługa lotniska bardzo słabo mówi po angielsku, nie widzimy "baggage belt"... Zagubione w miejscu, które już wonie inną rzeczywistością. Zastygłą, zatęchłą, nierozliczoną z przeszłością. 

Wyjazd z lotniska. Wiemy, że mamy wsiąść do autobusu linii 783, którym przemierzamy całą  jego trasę - 17 przystanków. Wchodzimy do pojazdu, pytamy kierowcy, czy możemy kupić bilety. W odpowiedzi "office, office" i wskazuje kierunek tegoż "biura" - kiosku bardziej, a właściwie budy z ludzkim materiałem w środku. 

Kupujemy dwa bilety podając łamanym rumuńskim nasz docelowy kierunek. Zajmując miejsce mamy nadzieję, że kupiłyśmy właściwe bilety, że na całą potrzebną trasę i że obejdzie się bez komplikacji (czyli nie spotkamy rumuńskich kanarów).

Nadzieja żywa. Do czasu kontroli biletu (a jednak). Kontroler pokazuje nam, że coś jest nie tak, że 50 lei mandatu, bo bilet jest na jedną osobę. Choć na rachunku pokazujemy mu, że zaplaciłyśmy za dwie... 

Nasz błąd tłumaczy nam po angielsku Niemka - prawdopodobnie profesorka przybyła na jakąś konferencję. Wysiada przy Uniwersytecie. Życzy powodzenia i radzi by o wszystko pytać Rumunów, bo mogę wyciągnąć konsekwencje z naszej niewiedzy. 50 lei przeznaczyłam na mój pierwszy w życiu mandat. 

Po wyjściu z autobusu pierwsze zetknięcie z Bukaresztem. Mapa nie zgadza się z rzeczywistym stanem miasta. Ulice nie mają tabliczek z nazwami, a jeśli mają, to przeważnie głęboko ukryte, jakby wstydzące się tego, czyim nazwiskiem zostały nazwane. 

W hostelu trochę inaczej niż na zdjęciach, ale ogólnie jest dobrze. Największe wrażenie robi szyld wykonany z kartki A4. Pokój mały, ale przytulny jak nazwa tego przybytku - The Cozyness Downtown Hostel. Zakupy robimy w Carrefourze, gdzie widzimy "firmowe" ciastka z napisami w języku polskim. Pieniądze wymieniamy w kantorze ulokowanym w knajpie z kebabem. Dziś (12.08.) ruszamy na Stare Miasto. Upał jest nieziemski - ponad 40 stopni. Ratują nas wiatraki zamontowane przy łóżkach. 

Do zobaczenia wkrótce!

Patrycja i Kasia

P.S. Na lotnisku w Warszawie spotkałyśmy się z Wojtkiem Jagielskim, ale nie poleciał z nami do Rumunii ;)

niedziela, 10 sierpnia 2014

Nasze plany / Our plans

Jako, że mamy spędzić w podróży między Bukaresztem a Budapesztem trzy tygodnie, obmyśliłyśmy wstępny plan, który można nazwać listą życzeń. Nie mamy pojęcia czy uda nam się go zrealizować, trzy tygodnie to jednocześnie mało i dużo - to zależy od naszego zaangażowania, mobilności i pieniędzy.
 
W Bukareszcie mamy spędzić tydzień, a to dużo czasu, choć miasto jest niezwykle rozległe. Są miejsca, które chcemy zobaczyć na sto procent - jak Dom Ludów czy projekt Văcăreşti - szkielet niewybudowanego widma socjalizmu. I oczywiście byłoby wspaniale zobaczyć "wiejską" część Bukaresztu i tabor cygański.
 
 źródło/source: archirama.pl
 
 
Niedaleko Bukaresztu, w miejscowości Bran (okręg Braszów) znajduje się zamek hrabiego Drakuli. Oczywiście, Vlad Palownik - pierwowzór literackiego bohatera Brama Stokera, wcale nie mieszkał w Branie, ale to właśnie ten zamek jest najbliżej Bukaresztu i chcemy go zobaczyć.
 
Pewnym celem podróży jest Timisoara, z której pojedziemy dalej do Budapesztu. To będzie dla nas niespodzianka, ponieważ nie sprawdzałyśmy, co się tam znajduje. Stawiamy na efekt zaskoczenia i pierwszego, fenomenologicznego spotkania z daną przestrzenią.
 
Jeśli starczy nam czasu i pieniędzy w drodze do Timisoary, chcemy odwiedzić Kluż-Napokę, jedno z większych miast w Rumunii oraz okręg Marmorosz, gdzie w wiosce Săpânța znajduje się Wesoły Cmentarz.
 
 źródło/source: Wikipedia
 
 
To miejsce zostało wpisane w 1999 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Drewniane, rzeźbione nagrobki pokryte są niebieską farbą i rymowaną historią każdego z "właścicieli".
 
Jutro o godzinie 11:20 wylatujemy do Bukaresztu i nasza przygoda się zaczyna. W miarę możliwości będziemy zamieszczać to, co nas najbardziej zachwyci, bądź wręcz przeciwnie. Nie bierzemy komputera, jedynie aparaty fotograficzne i liczymy na to, że znajdziemy miejsca z dostępem do internetu.
 
Do usłyszenia!
 
Kasia
 
~*~
 
Since we spend traveling between Bucharest and Budapest three weeks, we came up with preliminary plan, which can be called a wish list. We have no idea whether we realize it, three weeks is a little and a lot at the same time - it depends on our commitment, mobility and money.
In Bucharest, we spend a week, it’s a lot of time, although the city is extremely extensive. There are places that we want to see a hundred percent - as the House of Peoples of the project Vacaresti - unbuilt spectrum of socialism. And of course it would be great to see the "rural" part of Bucharest and the gypsy camp.

Near Bucharest, in the village of Bran (Brasov county) is the castle of Count Dracula. Of course, Vlad the Impaler - the prototype of the literary hero of Bram Stoker, was not lived in Bran, but this castle is the closest to Bucharest and want to see it.

A destination is Timisoara, from where we will go on to Budapest. It will be a surprise for us, because it does not cheked what is there. We focus on the effect of surprise and the first phenomenological encounter with a new space.
If we have enough time and money on the way to Timisoara, we want to visit Cluj-Napoca, one of the largest cities in Romania and Marmorosz district, where is located the village called Săpânţa and in it – the Merry Cemetery.
This place was inscribed in 1999 on UNESCO World Heritage List. Wooden, carved tombstones are covered with blue paint and rhymed history of each of the "owners".

Tomorrow at 11:20 we are flying to Bucharest and our adventure begins. As far as possible we will post what we most delight, or on the contrary. Do not take your computer, only cameras and we hope that we will find a place with internet access.

Talk to you soon!
Kasia

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Słowem wstępu:
 

Nasz macierzysty blog - Oddźwięki - to miejsce, w którym piszemy o zjawiskach kulturalnych w Polsce, a przede wszystkim o tym, co się dzieje w Łodzi. Jednak właśnie pod szyldem Oddźwięków postanowiłyśmy stworzyć coś na wzór "bloga podróżniczego". Wyprawę do Rumunii planowałyśmy już od roku, ale dopiero w kwietniu kupiłyśmy bilety - co w pewnym sensie urzeczywistniło nasze plany. I zdeterminowało do poznania tego kraju, jego mieszkańców, zwyczajów, tradycji i kultury. Spotkałyśmy się jednak z głosami zdziwienia, powątpiewania i zaniepokojenia kierunkiem naszej podróży. Nie zgadzamy się jednak ze stereotypami, że Rumunia to kraj dziki, niecywilizowany, a Rumuni to Cyganie. Cyganie są częścią społeczeństwa rumuńskiego, u nas też często możemy ich spotkać. W Polsce na złodziei i kłamców mówi się "cygani", a "cyganić" znaczy oszukiwać. Łatka przylgnęła i koniec - ciężko cokolwiek odkręcać. My jedziemy tam, by poznawać i doświadczać wszystkimi zmysłami. Nie oceniać, ale przyjmować i zrozumieć.  
 
Zaczęło się od szkoły letniej w Koprze (Słowenia), rok temu. Mieliśmy wykład dotyczący motywów śródziemnomorskich w literaturze. Wykład prowadził rumuński wykładowca, a z nami przez dwa tygodnie mieszkała trójka Rumunów. Potem czescy antropolodzy opowiadali nam o zwyczajach Cyganów. Po powrocie te dwa wykłady najbardziej zapadły nam w pamięci i zaczęłyśmy doszukiwać się informacji dotyczących Romów - początkowo. Przypadkowo w gazetach, Internecie, książkach znajdowałyśmy informacje na temat Cyganów, tak jakby oczy same nas na to naprowadzały. I zaczęło się szaleństwo. Książka Angeliki Kuźniak "Papusza", potem film Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze, zbiór wierszy Papuszy, a potem już sama Rumunia w doskonałym reportażu Małgorzaty Rejmer "Bukareszt. Kurz i krew". To właśnie on najsilniej na nas podziałał i pchnął do planowania podróży. A w biurze, w którym pytałyśmy o bilety, pan zaproponował nam wylot z Warszawy do Bukaresztu, a powrót z Budapesztu. Stąd też nazwa tego bloga i niezwykle skomplikowana logistycznie podróż. Bo do tego Budapesztu trzeba się jeszcze jakoś dostać, a to będzie kosztować - i tak dalej, i tak dalej. Co niesamowite, to pierwsza nasza taka podróż. I dlatego chcemy ją udokumentować i się z Wami podzielić.
 
We wrześniu kończymy kulturoznawstwo na Uniwersytecie Łódzkim i oprócz teorii, zajmujemy się także praktyką. Pracujemy w Teatrze Szwalnia, bierzemy udział w wielu projektach z pogranicza teatru i dokumentu, uwielbiamy szukać i grzebać w pamięci miejsc. Rumunio - nadchodzimy!

Patrycja i Kasia
 
~*~
 
To begin with:

Our main blog - Oddźwięki - is a place where we write about cultural phenomena in Poland, and most of all what is happening in the Łódź. Howewer, just under the banner "Oddźwięki" we decided to create something along the lines of "the travel blog". We planned a trip to Romania for a year, but we bought tickets in April - which in a sense materialize our plans. We're determined to recognition of the country, its people, customs, traditions and culture. We met, however, with the voices of surprise, doubt and concern about the direction of our journey. We disagree, however, with stereotypes that Romania is a country of wild, uncivilized, and Romanians are Gypsies. Gypsies are part of the Romanian society, in our country, we often meet them too. We go there to explore and experience all the senses. Do not judge, but accept and understand.

It started with a summer school in Koper (Slovenia), a year ago. We had a lecture on the theme of the Mediterranean in the literature. Lecture conducted Romanian lecturer. Then Czech anthropologists told us about the customs of the Gypsies. After returning, the two most lectures were made in our memory and began traced to information concerning Roma - initially. Accidentally in newspapers, the Internet, books we found information about Gypsies, as if the eyes themselves led us. And the madness began. Angelika Kuźniak’s book - "Papusza", then the movie of Krzysztof Krauze and Joanna Kos-Krauze with the same title, a collection of Papusza’s poems, then the mere Romania in excellent Małgorzata Rejmer’s reportage - "Bucharest. Dust and blood." It was it who most strongly acted and pushed us to plan the trip. And in the travel agency, in which we asked for tickets, kind man offered us a departure from Warsaw to Bucharest, and the return from Budapest. Hence the name of this blog and extremely complicated logistically journey. Because to Budapest you have to somehow get even, and it will cost - and so on and so forth. What's amazing, is our first such trip. And that is why we want to document and share with you.

In September, we’re finishing cultural studies at the University of Łódź and in addition to the theory, we also practice. We work in Teatr Szwalnia (Szwalnia Theater) and we are involved in many projects on the border of the theater and the document. We love to seek and rummage in places memories. Romania - here we come!


Patrycja i Kasia