piątek, 15 sierpnia 2014

Bukareszt: Miasto-palimpsest

Ciężko nam pisać, bo jedyny komputer w hostelu jest non-stop okupowany, a zwykle wracamy wieczorem z naszych miejskich eskapad. Jak już się do niego dorwiemy, wrzucimy zdjęcia :)

~*~

Narracja może być od tej pory chaotyczna i ogólnikowa. Bukareszt to miasto pełne przeciwieństw, absurdów, zatopione w powietrzu, które parzy skórę. Poruszamy się w nim ospale, w przeciwieństwie do mknących gdzieś przed siebie mieszkańców. Tutaj nie ma zasad ruchu drogowego. Taksówki mają postój na skrzyżowaniach i bez pardonu włączają się w szalony pęd znacząc drogę żółtym śladem. Bukareszt chciałby być jak każde inne miasto na świecie, a najlepiej wszystkimi naraz. Na Starym Mieście trudno znaleźć miejsce z lokalnymi daniami, ale można zagłębić się w arkana kuchni greckiej, włoskiej, francuskiej, hiszpańskiej a nawet egipskiej... 

Patrycja uważa, że to miasto bez dizajnu. Coś w tym musi być, bo zarówno witryny, jak i ludzie reprezentują styl mieszany, swoiste multi-kulti dodatkowo wymieszane w mikserze o napędzie atomowym. Gdy my ociekamy potem i kleją nam się wszystkie możliwe zgięcia na ciele, Rumuni paradują w dżinsach i zabudowanych butach w 40 stopniowym upale. 

Wracając do ruchu, Rumun rzadko zna hasło "czerwone światło". Ich ekspansywność jest niesamowita. Podczas gdy my stoimy na chodniku, oni potrafią być już na środku jezdni, omijani przez pędzące samochody. Dodatkowym atrybutem zmotoryzowanego Rumuna jest możliwość używania klaksonu z niebywałą częstotliwością. To jedna z wielu nawarstwiających się melodii tego miasta.

Wiele by pisać o tym, co robimy w mieście z betonu w środku najgorętszego miesiąca w roku.      Byłyśmy w najstarszym parku - Gradina Cismigiu - liczącym podobno 300 lat. Moczyłyśmy nogi w zielonej wodzie i przeżyłyśmy. Obiady jemy w najstarszej piwiarnii w mieście - Caru' cu bere i jeśli chcecie zjeść tanio i dobrze w Bukareszcie to polecamy ichniejsze obiady studenckie za 11,90 lei (danie główne i napój - lemoniada lub piwo). Odnajdujemy kościoły,  ukryte między budynkami. Słuchamy pieśni i je rejestrujemy. Najbardziej ciekawi nas architektura i ludzie. Bukareszt to miasto pełne warstw, budynki wyrastają jedne z drugich. Stare miesza się z nowym, bez ograniczeń. Ulice jeśli mają swoje nazwy, to głęboko ukryte, jakby się ich wstydziły. Miasto i jego zapis na mapie się nie pokrywają. Zwykle docieramy gdzieś intuicyjne, ale nawet wtedy nie mamy pewności czy dotrzemy na miejsce.

Tutaj najlepiej mieć przy sobie leje lub euro do wymiany. My próbowałyśmy wymienić złotówki i żaden kantor ani bank nam nie pomógł, odsyłali nas z miejsca na miejsce. Dopiero w ogromnym sklepie ze stoiskami z biżuterią (Bukareszt stoi jubilerami, fryzjerami, optykami i klubami erotycznymi). Tam serdeczna pani ma polską walutę, więc w razie potrzeby - Calea Victorei, sklep niedaleko Banku BCR, kantor po rumuńsku to amanet.

Odwiedziłyśmy także Dom Ludu - szaleńcze dzieło Nicolae Ceausescu, ogrodzony jakby murem cmentarnym. Kolejka ogromna, bilety zarezerwowałyśmy dzień wcześniej. 23 leje za osobę, to bilet studencki. Wycieczka trwała 2 godziny co do minuty. Standard czyli obejście najbardziej reprezentacyjnych sal i korytarzy, spojrzenie z 8 piętra na panoramę Bukaresztu (imponujące) i underground - podziemia Domu Ludu, zdecydowanie najciekawsza część wycieczki, rarytas dla urban explorerów. Zdjęcia kosztowały nas 30 lei, ale dzięki temu mogłyśmy uwiecznić najdroższe marmury, niezliczone kryształowe żyrandole i schody (po obu stronach), po których schodzili dumni ze swej potęgi Nicolae i Elena. Aby wejść musiałyśmy przejść kontrolę i oddać w zastaw paszporty. 

Wspominając temat ochrony, tutaj wszystko ma swoje security. Nawet parki, w których ustawione są budki z pleksi z bordowymi uniformami strażników. Co nas zdziwiło, noszą przy sobie policyjne pałki. Pewnie na wszelki wypadek, gdyby ktoś nieuważnie zboczył ze ścieżki na trawę.

Codziennie widzimy wielu bezdomnych i kalekich ludzi, ciągle w tych samych miejscach, jakby specjalne im przydzielonych. Dzieci z chorobami skóry, żebrzące o pieniądze. Niektóre ze szczęściem w oczach ściskające nową zabawkę, jeszcze z ceną. Starowinki siedzące na ławkach, kamiennych słupkach, pod ścianą budynku szepczące tajemniczo brzmiące zdania, często z wyciągniętą w naszą stronę dłonią. "Domnisoara, domnisoara..." - panienko, panienko, ale żadna z nas nie wie czego im potrzeba. 

Bukareszt to miasto ciężkie do życia. Tu codziennie walczy się o przetrwanie. 

Do zobaczenia!

Patrycja i Kasia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz